Od premiery pierwszej części Crysis-a upłynęły już cztery lata. Gatunek FPS nabrał wtedy w płuca duży wdech świeżego powietrza, który dokonał małej rewolucji. Zapamiętaliśmy z niej piękną oprawę, dużą grywalność oraz przede wszystkim majestatyczną wyspę do swobodnej eksploracji. Po ukończeniu „jedynki’’ zacierałem ręce i zastanawiałem się nad tym, czy z tej marki można wycisnąć jeszcze więcej i czymś zaskoczyć graczy… Crytek bez wahania zaskakuje, to na pewno. Postawił na bardzo odważne zmiany chcąc zmienić środowisko gry lecz zostawiając całą jej esencję. Czy wyszło to jej na dobre? Z odpowiedzią na to pytanie wstrzymajmy się jeszcze chwilę. Przed tym zobaczmy co gra oferuje i jak zmieniła się względem pierwszej części produkcja od naszych zachodnich sąsiadów.
I LOVE NY.
To popularne zdanie ma swoje mocne fundamenty. Ponad 10 milionów ludzi, mieszanie się kultur, bogata historia, piękna architektura wpływająca na wyobraźnię. Wymieniać można by godzinami lecz wniosek i tak będzie jeden: wszystko to sprawia, że Nowy York jest jednym z najbardziej atrakcyjnych miast USA, owiane już niemal legendą. Właśnie tam twórcy umiejscowili akcję drugiej części. Zamieniono tutaj tropiki na betonową dżunglę, aczkolwiek nie na tę znaną z pocztówek. Miasto ucierpiało w znacznym stopniu, zostało zalane. Budynki i mosty zostały zniszczone, dostało się nawet samej Statule Wolności. Na ulicach panuje chaos, ludzi zaś dotknęła epidemia. Wszystko to spowodowane jest atakiem obcych. Całość brzmi ekscytująco ale nie jest to najbardziej oryginalny scenariusz. Bez większego namysłu każdy może podać dla przykładu filmy takie jak „Jestem Legendą” czy „Project Monster”, w których to już został wykorzystany podobny motyw.
Nie oznacza to jednak minusa, zmiana była potrzebna. NY jest godnym miejscem spełnienia tej idei. Podczas 10-godzinnej kampanii, która jest prowadzona sprawnie i efektownie będziemy zwiedzać dość sporo. Nasza noga stanie na wysokim drapaczu chmur, żeby nagle przenieść się do mrocznych kanałów i zaraz potem wyjść na powierzchnię w centrum miasta. Całość prezentuje się okazale, konstrukcja i wygląd sprawiają, że można zatracić się w klimacie Nowego Yorku.
W praktyce rzecz nie wygląda już tak efektownie. Swoboda ruchu została tutaj mocno ograniczona i sprowadza się tylko do ścieżek wytyczonych przez twórców. Na szczęście nic nie stoi na przeszkodzie rozegrania danej lokacji na kilka sposobów. Można przejść niezauważonym przez szeregi wrogów lub pozbawić ich życia w efektownym stylu. Zamknięcie lokacji gwarantuje wzmożenie się akcji na ekranie i jest coraz chętniej stosowane w różnych produkcjach. Jednak brak w pełni otwartego świata jest jedną z poważniejszych bolączek z jakimi zmaga się druga część, w dodatku jeśli grałeś we wcześniejszą odsłonę, może pojawić się lekkie rozczarowanie.
Mów do mnie jeszcze...
Na kogo barki tym razem spadnie obowiązek uratowania świata? W tej części na zwykłego żołnierza Marine o pseudonimie Alcatraz, który przywdziewa strój całkowicie przypadkiem. Z krótkim przedstawieniem postaci wiąże się mały problem. Sęk tkwi w tym, że nasz bohater nie raczy odezwać się ani razu. Jest to dość irytujące wyjście, ponieważ w mieście trwa istna wojna. Podstawową rzeczą może wydawać się komunikacja, zdanie raportu, dyskusja na temat dalszych działań w terenie lub po prostu soczysty wulgaryzm. Można odnieść wrażenie sterowania pustym w środku skafandrem, który poniekąd sam ratuje sytuację przedstawiając nam w formie głosowej każde użycie jego mocy lub aktualny cel.