Jeśli ktoś sądził, że Duke Nukem Forever nie zostanie wydany, był naiwny. Gra-widmo, o której mówiło się od czternastu lat, której twórcy zmieniali się jak rękawiczki, a wydawca coraz bardziej tracił cierpliwość, musiała w końcu ujrzeć światło dzienne. Po pierwsze dlatego, że praktycznie każdy gracz o niej słyszał, a po drugie - by zainwestowane środki chociaż w jakiejś części się zwróciły. Firma wydawnicza (w tym przypadku: Take-Two) wiedziała co robi wypuszczając ten twór na rynek, bowiem w pierwszym tygodniu wskoczył on na pierwsze miejsce najlepiej sprzedających się gier w Europie. Mniejsza o jakość - dla graczy najważniejsza była legenda. Inna sprawa, że DNF tak naprawdę nie powinien zostać oddany w nasze ręce… Przynajmniej jeśli patrzeć z jakościowego punktu widzenia.
Po raz pierwszy o Duke Nukem Forever od zespołu 3D Realms usłyszeliśmy oficjalnie w 1997 roku, chociaż pierwsze przecieki wypływały już rok wcześniej. Wielu graczy więc przyjmuje, że developing trwał w sumie jakieś 14-15 lat, choć jest to stwierdzenie zdecydowanie na wyrost. Jasnym jest, że przez większość czasu projekt przeleżał praktycznie nieruszany. Od czasu do czasu ktoś do niego przysiadł, bo pojawiały się pieniądze i szansa na wydanie, jednak po chwili był on znowu odstawiany. W zeszłym roku, po tym jak 3D Realms zostało ostatecznie odsunięte od DNF wszyscy myśleli, że to już koniec agonii. Całą sprawę podsycały jeszcze filmiki wypuszczane przez twórców z cyklu "zobaczcie tylko co Was ominęło i żałujcie, wierni fani Duke'a!". Wydawca jednak miał inny plan. Po odsunięciu ekipy oryginalnych autorów do roboty została zaprzęgnięta ekipa Gearbox, która dostała zadanie postawienia gry na nogi w przeciągu kilku miesięcy. Ten ambitny plan nie mógł skończyć się dobrze.
Co w obecnych czasach można zrobić przez kilka miesięcy? Doszlifować grę, skorzystać z gotowego silnika, dodać drobne elementy, ale na pewno nie przygotować całości od podstaw. Co zatem dostaliśmy? Przestarzałego FPS-a z rozwiązaniami sprzed dekady. Ktoś powie - to jest oldschool, tak ma być… Sam jestem fanem staroszkolnych tytułów, a w DN3D grałem zarówno piętnaście lat temu jak i ostatnio, bo postanowiłem go sobie odświeżyć. To jednak co było akceptowalne kilkanaście lat temu i wspomina się dzisiaj z nostalgią, dzisiaj już nie przejdzie. To tak jakby dostać najnowszego Mercedesa z silnikiem Poloneza i twierdzić, że to oldschool… Twórcy nie poszli z duchem czasu i wydali coś, co już na przełomie tysiąclecia byłoby przestarzałe, a dzisiaj ma brodę długą do samej ziemi. Totalnie liniowe poziomy, zerowa AI przeciwników, słabo podane elementy platformowe (to było w modzie, ale pod koniec lat dziewięćdziesiątych), brak jakiegokolwiek cover-systemu, właściwie brak fabuły, oprawa graficzna niczym z konsol poprzedniej generacji… Z tym wszystkim trzeba się tu zmierzyć, a to tak naprawdę dopiero wierzchołek góry lodowej.
Gra zaczyna się nawet ciekawie, bo na samym wstępie mamy odtworzoną potyczkę z ostatnim bossem z Duke Nukem 3D. Już wówczas widać jednak, że mechanizmy rządzące rozgrywką są przestarzałe, a chwilę później podana fabuła nie stara się silić na oryginalność. Obserwujemy po raz kolejny najazd kosmitów, którzy tym razem zaczynają porywać kobiety, by móc płodzić swoich następców (!). Książę nie godzi się na taki obrót spraw i zamierza raz na zawsze rozprawić się z alienami.
Początek nawet jest względnie zabawny, bo nasz heros traktowany jest niczym prawdziwy bohater, gwiazda, celebryta - dzieciaki chcą autografy, laski same się do niego garną, można dostrzec nawet obrazy i pomniki ku czci Księcia. Stał się on mega-gwiazdą po odparciu najazdu kosmitów z poprzedniej części, ma nawet swój apartament w Las Vegas oraz kasyno, wszędzie widać jego portrety. Otoczka została odtworzona całkiem nieźle. Gra stara się prowokować (np. całość rozpoczyna się od tego jak bohater gra na konsoli w swoją własną grę i na pytanie czy jest dobra, odpowiada – „po tylu pieprzonych latach musi być dobra!”; w międzyczasie zabawiają się nim dwie panienki w strojach uczennic), Duke nie szczędzi f*cków, a przeciwnicy sami się podstawiają, by zrobić z nich mielone. W tym wszystkim jednak mamy do czynienia z archaicznymi patentami, które szybko zaczynają denerwować.
Długaśne loadingi (50 sekund!) przed każdym poziomem? Są. Nudne, monotonne poziomy? Obecne. Jeśli jesteście w stanie przypomnieć sobie największe wady współczesnych FPS-ów, z pewnością znajdą się one także w DNF. Gra jest źle zbalansowana. Nudne fragmenty platformowe są przeplatane z błądzeniem po pustych korytarzach oraz strzelaninami. Od czasu do czasu zasiądziecie jeszcze za sterami zdalnie sterowanego pojazdu, by na przykład zrobić sobie slalom między alienami i przejeżdżać przez bardzo podobne do siebie pokoje. Jako urozmaicenie od standardowego strzelania mogłoby to przejść, ale twórcy przygotowali tych sekwencji po prostu za dużo, a poza tym są one koszmarnie nudne. Nic się w nich nie dzieje oprócz przeskakiwania po kolejnych rampach i parcia liniową ścieżką przed siebie.