Powszechnym już zjawiskiem w Square Enix staje się reaktywowanie znanych tytułów w mniej lub bardziej odświeżony sposób. Final Fantasy IV w pierwotnej postaci ukazał się w Japonii w 1991 roku (w USA pod nazwą Final Fantasy II) na SNES-a, a do chwili obecnej gra została przeniesiona również na PSone i GBA. Gdy zapowiedziano edycję na DS-a, pewne było jedno - to nie będzie już tylko zwykła konwersja. Po udanym ruchu z remake'em Final Fantasy III (choć wiele osób nie uważa tej części za zbyt udaną), zdecydowano się w podobny sposób przenieść na dwuekranową konsolkę Nintendo również część czwartą sagi. Odświeżona, trójwymiarowa grafika, scenki przerywnikowe, voice acting, czy jeszcze bardziej rozbudowana fabuła w stosunku do pierwowzoru - takie były obietnice jeszcze przed premierą. Czekaliśmy długo na wydanie zrozumiałej wersji, w końcu kilka miesięcy temu Final Fantasy IV w wersji na DS-a zadebiutowała także w Europie.
Niewątpliwie jednym z głównych "grzechów" trzeciej części była mało rozbudowana warstwa fabularna - można wręcz rzec, że cała historia była tak prosta, że równie dobrze mogło jej nie być. "Czwórka" miała to poprawić - już oryginał ze SNES-a pozwalał nam być optymistami, a do tego jeszcze doszły zapowiedzi Square Enix, że DS-owcy dostaną wersję rozbudowaną o wątki, które nie pojawiły się w SNES-owej edycji. Na początek zła wiadomość jest taka, że niestety z tych zapowiedzi nic nie wyszło - historia w grze prezentuje się tak samo jak w oryginale, zmiany nastąpiły jedynie w dialogach i postarano się trochę bardziej zarysować portrety psychologiczne poszczególnych postaci, jakie występują w grze. Popracowano nad ich motywacją, motywami, jakie nimi kierują w kontynuowaniu swojej przygody. Niewątpliwie wyszło to całkiem ciekawie. Wcielasz się w młodego, mrocznego rycerza Cecila (dowódcę sił powietrznych o nazwie Red Wings), który bezgranicznie oddany swojemu królowi wykonuje wszystkie jego rozkazy. Przełom następuje w momencie, gdy bohater wraz ze swoim przyjacielem Kainem dostaje rozkaz zdobycia magicznego kryształu, którego bronią zupełnie bezbronni mieszkańcy, których Cecil jest zmuszony zabić. Wcześniej nie mający podobnych zleceń heros zaczyna mieć wątpliwości i podejrzewa, że z samym królem jest coś nie tak. Ten ostatni szybko się orientuje, że w jego podwładnym zaczyna zbierać się coraz więcej podejrzeń, wysyła więc go na kolejną misję, z pozoru prostą i niewinną - chodzi o dostarczenie pewnego przedmiotu do Mist Valley. Okazuje się to pułapką i owy "przedmiot" powoduje spalenie całej wioski. Cecil jest już pewien, że to czas na bunt przeciwko swojemu królowi, tylko czy to już nie jest za późno, gdy do tego dochodzą jeszcze kolejne problemy?
Powyższy opis to nawet nie namiastka tego, co czeka Cię przez resztę gry - początek tak naprawdę nie zwiastuje tego, co rzeczywiście stanie się później. Dochodzą nowi wrogowie, nowi bohaterowie i kolejne wątki. Choć nie zamierzam niczego zdradzać i choć historia sama w sobie nie jest niczym odkrywczym i opiera się na utartej w wielu innych pozycjach walce ze złem, to sposób przedstawienia postaci i ich motywów sprawia, że ta fabuła naprawdę zyskuje na wartości. Trzeba też przyznać, że gra ma ciekawy początek, w środku gry nużąc swoją monotonnością w przemierzaniu kolejnych dungeonów, by akcja miała znowu przyspieszyć pod końcówkę. Sam miałem tak, że początek bardzo mnie wciągnął, ale z czasem rozgrywka zaczynała coraz bardziej przypominać utarty schemat. Całe szczęście przemogłem się i kiedy już fabuła na nowo się rozkręciła, niemal za jednym podejściem dokończyłem grę do końca. Jak ocenić fabułę w tej pozycji? Na pewno jest dużo lepiej niż w remake'u FF III, ale też brakuje jej głębii z najlepszych odsłon na konsole stacjonarne. Jeśli jednak spojrzeć na wszystkie części serii, jakie zostały dotąd wydane na handheldy, to FF IV naprawdę potrafi się obronić i w obliczu swojej konkurencji prezentuje się całkiem nieźle. Jest wiele naiwnych momentów, ale są też ciekawe wydarzenia, które podnoszą ocenę tego elementu gry. Podchodząc do tej produkcji nie spodziewajcie się cudów i super rozbudowanej historii, ale całkiem ciekawe postacie sprawiają, że jednak jest coś, co trzyma przy konsolce na dłużej.
W systemie zaszły spore zmiany względem poprzednika. Przede wszystkim zrezygnowano z turowego systemu walki i postawiono na ATB (Active Time Battle), co uczyniło kolejne starcia bardziej dynamicznymi i na swój sposób ciekawszymi. Oczywiście, nie wszyscy muszą taki sposób prowadzenia walk lubić, gdyż wszystkie komendy trzeba wydawać jak najszybciej, bo przeciwnik nie będzie czekał na swoją turę tylko po upłynięciu stosownej ilości czasu zaatakuje od razu. Zawsze jednak można ustawić tryb Wait, który umożliwia zatrzymanie czasu gry podczas przeglądania przedmiotów czy czarów. Dla osób, które pierwszy raz mają do czynienia z tym systemem (choć jest on dość powszechnie używany w jRPG-ach), może on być małym utrudnieniem, ale tylko na początku - z czasem każdy z pewnością nauczyłby się wybierać kolejne komendy na tyle szybko, by nie dostawać batów od przeciwników.
Zresztą przyzwyczajenie się do systemu ATB będzie konieczne, bo w Final Fantasy IV będziesz walczył często i gęsto, a ciągłe zmiany składu drużyny (nieuniknione, bo narzucone przez pewne wydarzenia w głównym wątku fabularnym) spowodują, że często będzie dochodziło do sytuacji, kiedy trzeba podpakować kilka levelów doświadczenia, bo inaczej przeciwnicy będą sprawiali zbyt dużo problemów. Drobnym udogodnieniem w tej części miało być wprowadzenie systemu auto-battle - w dowolnym momencie walki możemy go włączyć (oraz wyłączyć) i kontrolę nad drużyną przejmuje w całości Sztuczna Inteligencja. Nasza ingerencja w nabijanie poziomów sprowadza się wtedy tylko do chodzenia po świecie gry i aktywowania kolejnych walk (tak, mamy tu do czynienia z losowymi potyczkami, bez widocznych na mapie przeciwników) - samą walką zajmuje się już konsola. Osobiście nie używałem tej opcji (wiadomo, że ruchy konsoli w trakcie walki nie są tak przemyślane, jak samego gracza), ale dla wyjątkowo leniwych będzie to bardzo przydatny tryb.