
Na samym początku chciałem się usprawiedliwić. Otóż recenzja, którą macie teraz przed oczyma będzie napisana sztywno i spontanicznie zarazem, a kolejne plusy i minusy gry będą wymieniane bez żadnego polotu i finezji. Dlaczego? Ponieważ każdy, kto chociaż słyszał o Xbox’ie, wie też o Halo: Combat Evolved – genialnym FPS’ie wydanym właśnie na konsolę Microsoft’u. A to oznacza, że każda próba napisania czegoś odkrywczego o sequelu – Halo 2 - na 99% spełznie na niczym. Po cóż więc w ogóle próbować? Ułatwię sobie życie – założę, Czytelnicy, że wiecie jak wielkim fenomenem stało się Halo: Combat Evolved i słyszeliście o tym, jak duża „pompa” i furora towarzyszyła premierze Halo 2. Po takim (bardzo wygodnym dla mnie) założeniu pozwolę sobie przejść do meritum.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy to Bill Gates – właściciel i wtedy jeszcze prezes Microsoftu - skontaktował się z szefem nieznanej wówczas grupy developerskiej Bungie. Panowie pogawędzili sobie czas jakiś, Billie posmarował zielonym masełkiem gdzie trzeba i Halo: Combat Evolved – główny projekt Bungie zapowiadany na PlayStation 2 jako połączenie FPS’a i RTS’a - nagle stało się Xbox'owym exclusivem. I to właśnie nazywa się strzałem w dziesiątkę! Trzeba mieć prawdziwy szósty zmysł do interesów, żeby tak wyczuć pismo nosem, jak zrobił to szef MałegoMiękkiego – chyba wszyscy gracze wiedzą jak wielkim cudem stało się Halo. Gdy 15 listopada 2001 roku na świat przyszło Combat Evolved od razu okrzyknięto je FPS’em doskonałym. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ta jedna gra sprzedała więcej Xboxów niż jakikolwiek inny tytuł launchowy; że dla tego jednego tytułu tysiące graczy na całym świecie zakupili wielkie, obrzydliwie czarne pudło z napisem Xbox. "No, dobrze" – pomyślał sobie wówczas (najpewniej) Billie – "Halo to absolutny hit. Czemu więc nie wypuścić sequela? W końcu zarobiłbym na tym krocie." A słowo ciałem się stało i oto jest. Panie i Panowie – Halo 2.
Na początek małe statystyki - Halo 2 w liczbach. Na kontynuację Halo: Combat Evolved złożono 1.5 miliona zamówień przedpremierowych, tzw. preorderów. W pierwszym dniu sprzedaży "dwójki" w samym tylko USA zostało kupionych ok. 2.38 milionach kopii gry (w ciągu pierwszych 11 minut zakupiono ich 8500). Tym samym, już pierwszego dnia zyski wynosiły ok. 125 milionów dolarów - w samych tylko Stanach. Drugiego grudnia sprzedaż Halo 2 osiągnęła pułap 5 milionów sztuk. Także usługa Live! święciła dzięki drugiej częsci sukcesy – w ciągu 23 dni od premiery „przegrano” ok. 28 milionów godzin na necie. Łączna sprzedaż Halo: Combat Evolved i Halo 2 wynosi na chwilę obecną jakieś 11 milionów sztuk. Nieźle, co?
Dla tych, którzy nie słyszeli, ani nie grali w Halo (są tacy?) kilka słów o fabule. Gwoli przypomnienia – historia Halo: Combat Evolved przedstawiała się mniej więcej tak: ok. roku 2500 doszło do kolejnej rewolucji przemysłowej (kolejnej, bo jedna już była – jakieś trzysta lat temu). Ludzkość zaczęła kolonizować coraz to odleglejsze planety we wszechświecie. Rozpoczęto także program o nazwie Spartan 2. Założeniem programu było szkolić wybrane dzieci, od małego, na żołnierza doskonałego, nadczłowieka. Tak powstał m.in. Master Chief, który jest główną postacią w obu częściach Halo. Ale wróćmy do kolonizacji – ludzie tak się rozpanoszyli po wszechświecie, że kolonizacja kolejnych planet była dla nich codziennością. Jednakże, któregoś razu jedna z koloni natrafiła na planetę zamieszkaną przez obcą, wrogo nastawioną rasę – Covenantów. Wysłany w celach badawczych statek z ludźmi na pokładzie został zniszczony, a Covenanci rozpoczęli inwazję. Po kolei niszczyli planety zatapiając je w potokach plazmy. Ostatnim ludzkim bastionem była planeta Reach, na której szkoleni byli super-żołnierze. Zarząd planety postanowił wysłać statek Pillar of Autumn (Filar Jesieni) z Master Chiefem w środku w celu odciągnięcia covenanckich statków. Manewr udał się i Covenanci rozpoczęli pogoń za statkiem. Pillar of Autumn został zestrzelony w okolicach planety Halo i tam zaczynała się akcja Halo: Combat Evolved. Tyle... Fabuła w części pierwszej była świetna. Ale to, z czym mamy do czynienia w Halo 2 to zupełnie inna liga - historia pokazana w sequelu to rewelacja - gracz non-stop trzymany jest w napięciu, a kolejne zwroty akcji coraz bardziej wciągają go w rozgrywkę. W dodatku ktoś w Bungie zajął się całą historią Covenantów, wymyślił ich podział społeczny, historię – słowem stworzył nową cywilizację, która swą głębią potrafi naprawdę pochłonąć. Wstawki filmowe stoją na bardzo wysokim poziomie, ba! – wykonane zostały po mistrzowsku. Szczerze powiem, iż sam z miłą chęcią oglądałem kolejne cut-scenki. Nie chcę psuć zabawy, więc o fabule nie pisnę już ani słówka :). Powiem jeszcze tylko tyle – choć cały czas scenariusz stoi na wysokim poziomie, to końcówka może niemile rozczarować, a w czasie rozgrywki przyjdzie nam grać nie tylko Master Chiefem. To by było wszystko – całą resztę odkryjecie sami i zapewniam Was, że będą to piękne chwile – wzniosłe i patetyczne. Są chętni?
Hmmm, ale coś tu jest nie tak – gra jest FPS’em, a koleś (tzn. ja) bredzi coś o fabule (jak na FPS’y zresztą, rewelacyjnej). Przecież tym, co najważniejsze w tego typu grach jest przecież akcja. Tak więc spieszę opisać to, co przyjdzie Wam zobaczyć na ekranie w czasie walki. Jeszcze tylko powiem, że dostępne są cztery poziomy trudności – 'Easy', 'Medium', 'Heroic', 'Legendary'. Myślę, że nikomu nie muszę mówić, iż walczy się z szeroko pojętymi ufolami, a dostępne bronie są raczej futurystyczne, w najlepszym wypadku zaś – mocno nowoczesne. Mówiłem już, że zakładam, iż ludzie czytający tę recenzję mieli już styczność z którąś z części Halo, więc nie będę się zagłębiał w szczegóły walki. Powiem jedynie, jakie różnice zaistniały względem prequela. Bo tego, że wszystko wygląda i sprawuje się świetnie chyba mówić nie muszę, prawda? Ale na wszelki wypadek powiem – system rozgrywki w Halo 2 (podobnie zresztą jak w Halo: CE) to absolutny majstersztyk. I kropka. Żadnych niedoróbek, błędów, uciążliwych bugów. Perfekcja. Doskonałość. Geniusz. Ale wróćmy do różnic. A zatem – znacznie zwiększono recoil – odrzut – i teraz, przy dłuższych seriach, celownik bardzo szybko wędruje w górę. Kolejna zmianą (choć niewielką) jest trajektoria lotu granatów – teraz jest trochę trudniej rzucić dalej. Zmieniono także system obrażeń – w Halo: CE, oprócz tarczy był też pasek zdrowia, w Halo 2, po utracie tarczy 2-3 celne strzały skutkują zgonem. Następnie, doszła pewna nowość – tzw. dual wielding – czyli mówiąc wprost – trzymanie dwóch broni naraz. Z początku budzi to mieszane uczucia – takie trzymanie dwóch broni zasłania właściwie pół ekranu, a posiadanie dodatkowego „guna” uniemożliwia rzucanie granatami. Ale już po chwili wszyscy zwolennicy szeroko pojętego „rusherstwa” pokochają ten patent. Gorzej jest z tymi, którzy specjalizują się w celności i grze taktycznej, bo im się to może wcale nie spodobać. I tu jest pies pogrzebany. Największą różnicą pomiędzy Halo: Combat Evolved i Halo 2 jest styl gry. Otóż, w „jedynce” grało się bardziej taktycznie, przy użyciu strategii, aniżeli na tzw. pałę. Cieszyło to ludzi z głową na karku, tych, którzy umieli grać używając szarych komórek. Natomiast, wszyscy ci, którzy grać nie potrafili, mieli po prostu przerąbane, bo cała ich gra w multiplayerze polegała na czekaniu na respawn. I niby dobrze, bo na sukces trzeba sobie zapracować, ale z drugiej strony – wszyscy newbie nie mieli właściwie żadnych szans ze „starymi wyjadaczami”. A w „dwójce” jest inaczej – widoczny jest ukłon w stronę wszystkich „zielonych” w temacie. Teraz wystarczy wbić się na serwer i wszyscy mają podobne (ale nie takie same, rzecz jasna) szanse na przeżycie. Najwyraźniej to zobaczyłem, gdy mój kuzyn przypełzł do mnie do domku, doczepił się do Xbox’a, odpalił swoimi brudnymi łapami Halo 2, wlazł na jakiś tam serv i, grając po raz piąty (może) w życiu, rozwalał większość obecnych na serverku zawodników (i wcale nie był to jakiś warzywniak)... Powiedziałbym, że coś tu jest nie tak, ale zależy to tylko i wyłącznie od punktu widzenia – rusherzy będą zadowoleni, kamperzy (mogę ich tak nazwać?) będą niepocieszeni. Z drugiej strony – to bardzo sprytne zagranie ze strony Microsoftu (a raczej Bungie), gdyż teraz zwolennicy gry taktycznej będą mogli dalej „popylać” w Halo: CE, natomiast ci, którzy lubią sobie postrzelać bez ładu i składu, bez problemu znajdą się w Halo 2. Czyli do wyboru, do koloru, a Halo 2 i tak każdy kupi. I to tyle, jeżeli chodzi o jakieś konkretne zmiany w rozgrywce.