
Ogarnęło mnie małe zdziwienie gdy usłyszałem o planach Electronic Arts dotyczących stworzenia zupełnie nowych Simsów specjalnie dla konsol Nintendo. Firma tłumaczyła się wtedy, że specyfika tych konsol różni się od innych na tyle, że zwykłe The Sims na tym poletku zbyt wiele nie zwojuje. Tak oto powstała marka MySims - przeznaczona raczej dla młodszego odbiorcy, o cukierkowej oprawie i prostych założeniach. Omawiane tutaj MySims Kingdom jest już drugą częścią serii i od razu zaznaczyć trzeba, że tak naprawdę nie ma ona tak wiele wspólnego z pecetowym The Sims, jak by można było z początku oczekiwać. W mojej pamięci ta pozycja zapisze się z tego względu, iż to jedna z dwóch pierwszych gier na DS-a (obok wydanego równolegle Littlest Pet Shop), która została wydana u nas po polsku. Niestety, z żadnego innego powodu ten tytuł raczej nie ma szans zostać zapamiętanym.
Kraina rządzona przez Króla Rolanda zostaje napadnięta przez kogoś, kto wykradł super tajny wynalazek Doktora F, który wsysa wszelkie obiekty - począwszy od najmniejszych roślinek, a kończąc na całych domach mieszkańców. Jednym słowem część dostępnego miasteczka została "usunięta", a Twoim zadaniem będzie jego odbudowa, w czym pomoże Ci kolejny wynalazek, wysysający energię z różnych obiektów, które można następnie zamienić w nowe przedmioty upiększające zarówno samo miasteczko, jak i wnętrza domków. Tak jak już wspominałem, gra jest stworzona przede wszystkim z myślą o najmłodszych, radzę więc nie przywiązywać zbyt dużej wagi do tej jakże "skomplikowanej" fabuły.
Pierwszy rzut oka na grę i pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy to Animal Crossing - rzeczywiście, pomysł na rozgrywkę jest podobny, a i mamy tu do czynienia z bliźniaczą stylistyką. Co innego jednak pomysł, a co innego realizacja - przez cały czas ma się wrażenie, jakby twórcy nie do końca wiedzieli, jak poprowadzić dalej akcję i na czym to tak naprawdę ma polegać. Zbyt długo Gracz jest wprowadzany w meandry rozgrywki, przez co ten swoisty tutorial może znużyć i zniechęcić do gry, zanim ona tak naprawdę się zacznie. Dziwi też trochę praktyczny brak jakiegoś systemu podpowiedzi - to w końcu gra dla dzieci, a tymczasem już na początku może być tak, że błąkasz się bez celu po całym miasteczku, bo nie bardzo wiesz co należy zrobić. Nie jest to rzeczą przyjemną, bo rozgrywka jest ślamazarna i przejście z jednego końca miasteczka w drugie zajmuje dużo czasu. Jakoś nie wyobrażam sobie, by dzieciak nie zniechęcił się, gdy sam nie będzie wiedział, gdzie się udać.
Pierwsze chwile z grą to zapoznawanie się z kolejnymi postaciami i poznawanie zastosowań kolejnych przedmiotów, jakie przygotował dla Ciebie genialny profesorek. Zostaniesz zmuszony do kolekcjonowania kolejnych przedmiotów, co od początku jest nużące i raczej nie zachęca do dalszej rozgrywki. Tak jak już wspominałem, by stworzyć odpowiednie, potrzebne przedmioty, należy pobierać energię z wybranych obiektów, a po zebraniu odpowiedniej ich ilości, wymieszać stosowne esencje, dzięki czemu stworzony zostanie jakiś przedmiot. Jest gdzie je stawiać, bo nawet Twój domek na początku jest pusty - poza łóżkiem nic w nim nie ma, warto więc na rozgrzewkę postawić w nim szafę. Trochę to może przypominać pecetowe Simsy, ale poza tym zbyt wielu zauważalnych podobieństw raczej nie ma.