
Polskie, znane skądinąd, studio Techland w ogólnym tłoku większych produkcji postanowiło wydać coś w 2010 roku i tak o to powstał Nail'd. Krótko mówiąc jest to bardzo zwariowana, zręcznościowa gra wyścigowa z quadami i motorami w roli głównej. Pomimo, że reszta świata zobaczy ją dopiero w tym roku (najprawdopodobniej lutym), udało się wyprosić u wydawcy, aby ludzie znad Wisły mogli bawić się w nią już w grudniu. W każdym bądź razie jak na tytuł, który powiedzmy sobie szczerze wyszedł żeby przynieść zyski (czyli tak zwana budżetówka), jest dobrze.
No ok, ale pora przejść do recenzji właściwej. Bardzo ważną rzeczą, która wpływa na grywalność są trasy. Dzielą się one na cztery kategorie podzielone ze względu na umiejscowienie, a mianowicie: Park Narodowy Yosemite, Grecja, Andy oraz Arizona. Naprawdę podziwiam osobę, która je projektowała. Mówiąc krótko jest dużo ostrych zakrętów, dużo latania i bardzo hardcorowo. Każdy z torów jest porządnie rozbudowany, często można napotkać np. dwie odnogi na trasie i przeważnie jedna jest krótsza, szybsza i łatwiejsza, a druga zupełnie na odwrót – widać to w trakcie wyścigu, jeśli pomiędzy nami, a przeciwnikiem jest niewielka różnica czasowa. Trzeba też wspomnieć, że czasami ciężko jest powiedzieć, gdzie jest góra a gdzie dół, ponieważ w tej grze grawitacja nie istnieje, a pojazdy przyklejają się automatycznie do podłoża, które aktualnie znajduje się pod nimi. Warto też w tym miejscu napisać o modelu jazdy – jest on bardzo zręcznościowy i szczerze mówiąc zwykły śmiertelnik nie zauważy różnicy pomiędzy jazdą quadem, a motorem, ponieważ prowadzą się niemal identycznie. Dlatego osoby, które liczyły na mocne wrażenia związane z symulacyjnym stylem jazdy zawiodą się.
Kolejnym plusem, który wpływa na pozytywny odbiór jest to, że ta gra jest na swój sposób oryginalna. Ktoś mógłby wprawdzie powiedzieć „też mi oryginał, zwykła podróbka Pure”, jednak myśląc tak bardzo się mylicie. Zapomnijcie o klepaniu „kombosów” (trików). Tu liczy się szybkość! Inna sprawa, że do gatunku najnowsza produkcja Techlandu nie wnosi praktycznie niczego nowego.
Skoro już jesteśmy przy ogólnym jeżdżeniu, nie sposób nie wspomnieć o sterowaniu. Twórcom udało się ustrzec dużego błędu, który spowodowałby, że w tym tytule nie dałoby się dobrze bawić - pojazdy są bardzo "skrętne". Gra przy pomocy klawiatury to sama przyjemność, ale co ważne używając pada steruje się równie fajnie, dlatego można być spokojnym o wersje konsolowe. Dusząc Ctrl/prawy Trigger dodajemy gazu, strzałkami/ lewą gałką kierujemy, a o hamulcu nawet nie wspominam, ponieważ takowego w tej produkcji się nie używa :). Kierunki góra, dół odpowiadają za wydłużanie i skracanie skoku. Jest to o tyle ważne, że źle wymierzony sus jest równoznaczny ze stratą wielu cennych sekund. O dziwo można też manewrować w trakcie lotu na boki poprzez podnoszenie nogi - może i nie ma to (tak jak cała gra) z realizmem wiele wspólnego, ale jest grywalne, a to najważniejsze.
Skoro jest to gra, w której liczy się pędzenie na złamanie karku nie mogło zabraknąć tu dopalacza. Po jego odpaleniu jedziemy o wiele szybciej, ale to właśnie z tym wiążą się pierwsze błędy. Po włączeniu owego przyspieszenia obraz zamienia się w czarno-biały, co moim zdaniem nijak oddaje uczucie prędkości. Drugi z faili to pomysł na ładowanie nitro. Musimy albo poczekać albo przejechać przez specjalne bramki (co jest w porządku) albo wykonać jedno z szesnastu (hmm…) „wyzwań”. Ile ich dokładnie jest sam w trakcie gry nie byłem w stanie zliczyć. Jedyne, które umiem świadomie wykorzystać to tak zwane przyłożenie, czyli idealne wylądowanie. W normalnym wyścigu byłoby to do przyjęcia, ponieważ robi się to zupełnie niechcący. Gorzej, kiedy chodzi o rajd, w którym miejsce przyznaje się za punkty zdobyte dzięki tym sztuczkom.
Z fajnych gadżetów znalazła się tutaj możliwość zmiany wyglądu bohatera, pojazdu oraz tuning. Ciuszków dużo nie ma, wzorów też, ale zawsze można coś na pudełku gry napisać, a do ulepszeń wrócimy za chwilę.