Seria Need for Speed zabrnęła nieco w ślepą uliczkę. Zeszłoroczna część – ProStreet – próbowała coś zmienić w tej skostniałej marce, wprowadzić nowy styl rozgrywki, podejść do tematu w trochę inny, bardziej symulacyjny sposób. Gra nie była wprawdzie zła, ale zupełnie inna niż poprzednie odsłony. Dotychczasowi fani odwrócili się od NFS-a, więc koncern Electronic Arts uznał, że trzeba wrócić do korzeni. Model jazdy również był zbyt trudny, więc na zebraniu uznano najwyraźniej, że pora dostarczyć nam coś dużo prostszego – coś, z czym bez problemu poradzą sobie także niedzielni gracze. Jeśli jeszcze nie wywnioskowaliście tego, co chcę Wam przekazać, to napiszę to sam – Need for Speed znowu poszedł w dziwną, tym razem bardzo „casualową” stronę. Niestety, nie wyszło mu to na dobre.
Undercover rozgrywa się fikcyjnej metropolii Tri-Bay City, podobno inspirowanej Vancouver. Łącznie ponad 80 mil dróg i autostrad. Miasto, jak zwykle zresztą w przypadku „otwartych” części NFS-a, podzielono na trzy części, z których na początku dostępna jest tylko jedna. Wcielacie się w gliniarza, który ma za zadanie przeniknąć do gangu ulicznego podejrzewanego o kradzież aut w kilku różnych państwach. Fabułę przedstawiają filmiki, w których udział wzięli prawdziwi aktorzy – niczym w NFS Most Wanted lub Carbon. Tym razem gwiazdą jest niejaka Maggie Q, czyli Margaret Denise Quigley (1979), najbardziej znana z takich filmów jak Mission: Impossible III (wcielała się w rolę Zhen Lei) czy Szklana Pułapka 4.0 (Mai Linh). To ona będzie instruowała Was, czyli gliniarza pracującego pod przykrywką, co robić i kim są poszczególne osoby z gangu. Trzeba przyznać, że wykonała swoją robotę dobrze, czego nie można absolutnie powiedzieć o pozostałych aktorzynach. Nie wiem skąd developer ich dorwał, ale domyślam się, że lepiej zagrałaby co druga osoba wzięta z ulicy. Wybrane postacie są po prostu śmieszne i nawet nie ocierają się o granicę kiczu. Przekraczają ją. Najczęściej pomiędzy wyścigami można obejrzeć dwa króciutkie filmiki – jeden z Maggie Q (jeszcze zjadliwy), a drugi z bandą kretynów, mającą niby udawać groźny międzynarodowy gang. W ogóle cała historyjka jest tania do bólu – bardzo przewidywalna i nudna, można spodziewać się co w danej chwili zostanie odegrane. Twórcy mogli się trochę bardziej wysilić niż oddawać nam w ręce kolejną baśń o tym, jak to trzeba pokonywać kolejnych członków gangu, by zdobywać szacunek. Mieliśmy już z tym do czynienia nie raz i nie dwa.
Po ProStreet wszyscy chcieliśmy powrotu do otwartego miasta w kolejnej części. No i dostaliśmy. Problem tylko w tym, że w międzyczasie ukazał się świetny Burnout Paradise, który wyznaczył już pewien standard, a przecież ledwie kilka tygodni temu pojawił się także bardzo dobry Midnight Club: Los Angeles od Rockstar. Czy NFS Undercover ma w porównaniu z wcześniej wymienionymi tytułami jakiekolwiek szanse? Nie, stanowczo nie. Niby dostaliśmy otwarte miasto, a tak naprawdę w ogóle tego nie czuć. Czym bowiem powinien charakteryzować się otwarty świat? Ciekawą eksploracją, ukrytymi miejscami, możliwością dojechania do kolejnego wyścigu „na własnych kołach”, no i w końcu poczuciem jeżdżenia po realnym mieście. Tutaj możecie o tym wszystkim zapomnieć. Ruch uliczny jest po prostu śmieszny – od święta po pustych ulicach przejedzie jakiś jeden samochód i to tyle – nie ma poczucia jeżdżenia po wielkiej metropolii, nie ma znaków życia. Każdy powinien czuć, że porusza się po ogromnej aglomeracji, a tymczasem całość sprawia wrażenie wymarłej miejscówki.
Mało tego, w Undercover nie jesteście nawet w stanie dojechać do kolejnego eventu, ponieważ nie ma ich w ogóle zaznaczonych na mapie. Wystarczy wcisnąć „dół” na d-padzie, by przenieść się do najbliższego wyzwania. Można też wcisnąć „górę” i tym samym przenieść się (po denerwującym, kilkusekundowym loadingu) na mapę świata – tutaj widać dostępne eventy, ale jedyne co można, to przenieść się do nich od razu, bezpośrednio. Nie jesteście w stanie dla przykładu wyznaczyć sobie celu, by potem swobodnie dojechać sobie do niego korzystając z sygnału GPS.
W zdecydowanej większości wyścigów trasa jest całkowicie ograniczona bandami. Tory są więc tak naprawdę zamknięte, co całkowicie kłóci się z ideą otwartej metropolii. Po mieście można pojeździć właściwie tylko w przypadku zawodów polegających na gubieniu policji. Jeśli już przy tym jesteśmy, to warto dodać, że gliniarze jakby cofnęli się w rozwoju – dużo łatwiej ich zgubić i nie działają w tak dobry, zorganizowany sposób jak choćby w NFS Most Wanted. Powracają specjalnie oznaczone punkty, po uderzeniu których można łatwo opóźnić „ogon” – przewraca się na przykład jakaś konstrukcja, która powstrzymuje „niebieskich”. Szkoda tylko, że wygląda to jak na dzisiejsze czasy bardzo sztucznie i archaicznie.
"Błagam Was! Zagrajcie to lepiej, bo w OnlyGames po nas pojadą :("
Typami wyścigów twórcy również nie zaskoczyli. Mamy standardowe Sprint (z punktu A do B), Race (wyścig na zamkniętym torze), gubienie policji, Wyprzedzanie (trzeba odskoczyć oponentowi na 300 metrów), tryb polegający na niszczeniu otoczenia i na koniec ucieczce gliniarzom, Kradzież (dojechanie zwiniętym samochodem w jednym kawałku do kryjówki gangu), czy w końcu zmagania na autostradach. Ta ostatnia opcja to teoretycznie nowość w serii. Należy odskoczyć rywalowi mijając o centymetry leniwie przemieszczające się samochody po kilku pasach ruchu – bardzo pomaga tu możliwość zwalniania czasu, bo czasami mija się niedzielnych kierowców praktycznie o centymetry. Całość jest moim zdaniem bardzo przewidywalna i niczym nie zaskakuje. Wszystko widzieliśmy już w poprzednich częściach.
Warto dodać poza tym, że gra jest niesamowicie łatwa, ewidentnie twórcy celują w niedzielnych graczy. Wystarczy w miarę poprawnie jeździć, by nie mieć żadnych problemów z wygrywaniem wszystkich eventów po kolei. Naprawdę jest w tym coś dziwnego, gdy zawody, które trwają maksymalnie 1,5 minuty wygrywa się przewagą ponad dwudziestu sekund. Sztuką jest tu przeciąć linię mety na innym niż pierwsze miejscu. W wygrywaniu pomaga też bardzo łatwy w opanowaniu model jazdy. Pokonywanie ostrych łuków przy dużych prędkościach nie jest tu problemem, no ale cóż... Jak już pisałem, Undercover to tytuł bardzo „casualowy”.