Ninja Gaiden na Xboxa była jedną z najlepszych propozycji na konsolę Microsoftu. Wyżyłowany poziom trudności, rozbudowany system walki i duża żywotność nie odstraszyła potencjalnych nabywców i gra odniosła spory sukces na rynku, zostając doceniona przez samych graczy. Sequel na Xboxa 360 ukazał się niemal równolegle z opisywanym tutaj tytułem, jednakże nie spotkał się z aż tak ciepłym przyjęciem ze strony graczy jak pierwowzór (choć trudno tu mówić o pierwowzorze, skoro seria zadebiutowała już dużo wcześniej w erze 8-bitowców). Zapowiedź Ninja Gaiden: Dragon Sword jako exclusive dla DS-a była zresztą małym zaskoczeniem, ale i odpowiedzią na God of War: Chains of Olympus na PSP. Czy rzeczywiście oba te tytuły są dla siebie godnymi konkurentami?
Początek jest zaskakujący, bo z pewnością mało kto z Was spodziewał się, że nie zaczniemy rozgrywki Ryu Hayabusą, który przez cały czas był głównym bohaterem serii. Otóż na początku przyjdzie Ci pokierować wojowniczką ninja o imieniu Momiji, ale szybko okazuje się, że gracz przejmuje nad nią kontrolę tylko w pierwszym etapie, co jest doskonałym pretekstem do zawarcia na początek stosownego tutoriala - gra na bieżąco instruuje nas o kolejnych możliwościach w systemie walki, sterowaniu i opcjach. Momiji szybko zostaje porwana i tutaj wkracza rola Ryu w całej historii - główny bohater musi oczywiście odbić członkinię swojego klanu z rąk przeciwnika. Nietrudno zauważyć, że tak jak fabuła nie była do tej pory mocną stroną tej serii, to nie inaczej jest i tym razem. Scenki przerywnikowe ją opisujące nie są prawdziwymi filmikami opartymi na silniku gry, a statycznymi kadrami - można poczuć się trochę tak, jak podczas przeglądania komiksu. Gdy jakaś postać przemawia, wyświetlany jest tekst w ramce (niczym w normalnym jRPG-u), brak jakiegoś rozbudowanego voice-actingu, chyba że za taki uznamy pojedyncze słowa i odgłosy nagrane przez lektorów, które czasem można usłyszeć.
Na wstępie należy zaznaczyć, że aby komfortowo grać w DS-ową wersję Ninja Gaiden, należy konsolkę "przewrócić" o 90 stopni tak, jakbyśmy trzymali w rękach książkę (ekraniki w pozycji pionowej). Jeden ekran w czasie rozgrywki odpowiada więc za mapkę terenu, a na touch screenie wyświetlana jest już sama akcja. Warto dodać, że całe sterowanie jest niemal w całości oparte właśnie na ekranie dotykowym - jedynie START odpowiada za zatrzymanie gry, a cała reszta przycisków odpowiedzialna jest za blok (nieważne którego buttona użyjemy, Ryu będzie blokował ciosy przeciwników). Cała reszta czynności jest wykonywana poprzez odpowiednie ruchy stylusem po ekranie – wodząc stylusem wskazujesz głównemu bohaterowi miejsce, w którego stronę ma biec, z kolei na przykład energiczny ruch rysikiem w górę sprawi, że sterowana przez Ciebie postać podskoczy w górę. Kolejne ciosy zadajesz kreśląc linie na przeciwnikach, tak jakbyś właśnie używał miecza (poziomy ruch rysikiem to poziome cięcie mieczem itd.). Nie zabrakło oczywiście shurikenów bądź łuku, który zdobywasz w późniejszej części gry - używasz ich po prostu "klikając" na danego przeciwnika. Charakterystyczne dla tej serii Special Techniques i Ultimate Techniques pozostały - te pierwsze wykonasz przez zastosowanie odpowiedniej kombinacji rysikiem, a UT wyegzekwujesz pocierając stylusem na postaci Ryu w górę i w dół.
Zabijając kolejnych przeciwników wzbogacamy się o żółte (pełniące tutaj funkcję swego rodzaju waluty, którą można potem wykorzystać w specjalnym sklepiku), niebieskie, bądź czerwone orby. Niebieskie uzupełniają straconą energię, z kolei zebranie czerwonego pozwoli na użycie Nimpo - silnego czaru takiego jak kuli ognia, błyskawicy, czy ciemnej mocy. By go jednak użyć, najpierw trzeba przejść przez króciutką minigierkę zamalowywania japońskiego znaku pojawiającego się na ekranie - im szybciej się z tym uporamy (kwestia dwóch-trzech sekund), tym silniejszy będzie czar. Swoje zastosowanie ma nawet mikrofon w DS-ie - dmuchając w jego stronę możemy na przykład zgasić płomienie, bądź przywołać sekrety, które są porozmieszczane w wybranych miejscach na mapie.
Całe to innowacyjne sterowanie może początkowo wydawać się kompletnie niepraktyczne, jednakże z czasem gracz nabiera wprawy i kolejne ruchy oraz ciosy wykonuje się intuicyjnie. Niemniej jednak trzeba przyznać, że momentami ma się nieodparte wrażenie, iż ten sposób sterowania został zawarty w grze nieco na siłę - w końcu jakby się dobrze zastanowić, równie dobrze sprawdziłaby się kontrola nad postacią za pomocą przycisków - tych jest wystarczająco dużo, by można było wykonać za ich pomocą wszystkie komendy w grze. Poza tym czasem nasze zamiary nie zostają dobrze odczytane przez konsolkę i na przykład chcąc wskoczyć na jakąś półkę skalną nie zawsze udaje się to za pierwszym razem. Zdarza się to jednak na tyle rzadko, że naprawdę nie trzeba robić z tego wielkiej tragedii i koniec końców muszę przyznać, że sterowanie całkiem udanie wkomponowało się w rozgrywkę i nie ma co narzekać na ten element.
Za pewnik możesz sobie uznać jedną rzecz - jeśli od tej pozycji oczekujesz głębokiej fabuły, zróżnicowanych zagadek i spokojnego eksplorowania levelów, to raczej się zawiedziesz. Siła Ninja Gaiden: Dragon Sword leży przede wszystkim w świetnym systemie walki, dynamicznej rozgrywce i całej przyjemności z eksterminowania kolejnych przeciwników. Tutaj większość czasu naprawdę spędza się na walce, a "zagadki" sprowadzają się co najwyżej do wykorzystania w odpowiednim momencie mocy Nimpo bądź możliwości mikrofonu w konsolce. Czasem walki można omijać, ale często jest też tak, że wchodząc do jakiegoś pomieszczenia, wszystkie wyjścia blokują się i posunąć się dalej będzie można dopiero po wycięciu w pień wszystkich przeciwników, którzy notabene wciąż się pojawiają - jednym słowem oldschool pełną gębą, ale ubrany w piękne szaty.