
To było lekko ponad osiem lat temu. Pamiętam, że to właśnie wtedy po raz pierwszy w domu podłączali mi Internet i kiedy tak przeglądałem z wywieszonym ozorem różne strony, natknąłem się przypadkiem na zapowiedź Operation Flashpoint: Cold War Crisis. Muszę przyznać, że jestem wręcz maniakiem tego typu produkcji, więc w dniu jej oficjalnej premiery w Polsce czym prędzej pognałem po swoją kopię. Gra studia developerskiego Bohemia Interactive okazała się wyjątkowym jak na tamte czasy tytułem (duża swoboda, wiele możliwości transportu oraz niepowtarzalny klimat prawdziwej wojny). Do dzisiaj jest zresztą dla mnie jednym z najlepszych tytułów z gatunku, dlatego z wypiekami na twarzy czekałem na chwilę, w której do konsoli włożę płytkę oficjalnego następcy „mistrza” (warto zaznaczyć, że ww. studio wydało to tej pory dwie kontynuacje OF, które jednak z braku licencji nosiły zupełnie inne nazwy: ArmA: Armed Assault oraz ArmA: Armed Assault 2). Sądny dzień w końcu nastał a swoje spostrzeżenia i refleksje przedstawię Wam w niniejszej recenzji. Chcę jednak od razu zaznaczyć, że będzie to bardzo subiektywna relacja osoby zapatrzonej w poprzednika, który moim zdaniem wyznaczył kierunek, w którym seria powinna podążać. Zatem do dzieła.

Jak każda porządna recenzja tak i ta powinna się zacząć od krótkiego przedstawienia fabuły, która jest... no właśnie, krótka. Fikcyjny konflikt, na fikcyjnej wyspie o nazwie „Skira Island”, na której kilka lat wstecz (historia z OF:CWC) Związek Radziecki stoczył potyczkę z siłami NATO. Wujek Sam jak zawsze zwyciężył. Pomiędzy Sowietami a USA podpisane zostaje porozumienie w ramach którego obydwa kraje mają współpracować na rzecz pokoju.
W tym właśnie momencie rozpoczyna się historia Operation Flashpoint: Dragon Rising. Na wspomnianych wcześniej terenach odkryto olbrzymie złoża „czarnego złota” czy jak kto woli ropy. Jedno z obecnie największych mocarstw na świecie, Chińska Republika Ludowa, właśnie przeżywa gospodarczy kryzys. Trochę surowców by im się przydało, więc postanowili rozpocząć okupację ziem, które leżą na Morzu Japońskim a oficjalnie są w posiadaniu Rosjan. Ci z kolei akurat nie mogą wysłać jednostek, więc proszą o wsparcie Amerykanów, którzy oczywiście w imię demokracji i wolności spieszą na ratunek. W kilka dni opanowują wyspę i odlatują do domu. Ot, cała historia. Developer nie dał nam niestety możliwości wyboru po której ze stron chcielibyśmy się opowiedzieć i jak to zwykle bywa przyjdzie nam walczyć jako jeden z Marines.

Po co komu skomplikowana fabuła czy przesadne „wczuwanie” się w rolę marines? W tym momencie powracają jednak wspomnienia z dawnych lat. W części pierwszej przez kilka pierwszych godzin grania nie wiadomo było nawet, kto zaatakował wyspę, wszystko było owiane tajemnicą i tylko na podstawie skąpych informacji można było snuć domysły, że to Rosjanie. Wiele misji zaczynało się nie bezpośrednio na polu walki, ale np. w śmigłowcu, gdzie można było posłuchać rozmów żołnierzy, dowiedzieć się co myślą o całym konflikcie i dlaczego „Kowalski” najbardziej upodobał sobie M-16. To pomagało wczuć się niejako w całą sytuację i dodawało całej historii smaku. W Operation Flashpoint: Dragon Rising tego właśnie zabrakło, przedstawiono nam jedynie kilka suchych faktów w niemal ekspresowym tempie (trochę taki Teleexpres). Jak dla mnie to duży minus.

Przyszedł czas, żeby zając się oceną samej rozgrywki (na razie w trybie jednoosobowym). Warto na wstępie zauważyć jedną rzecz. Kiedy rozpoczniecie grę staniecie przed wyborem, „w jaką kampanię chcecie zagrać?”. Oczywiście na początku dostępna jest tylko ta właściwa, czyli Dragon Rising, ale sam fakt umieszczenia takiej opcji przez developera pozwala przypuszczać, że w przyszłości będzie ich więcej (najprawdopodobniej w formie dodatków).
Podstawowa kampania zawiera jedenaście misji, których zróżnicowanie mile zaskakuje. Mamy tu odbijanie zakładników, wysadzanie elektrowni czy chociażby przeprowadzenie ataku na lotnisko opanowane przez wroga. Mi szczególnie do gustu przypadła misja, w której najpierw trzeba śledzić wysokiego rangą chińskiego dowódcę, aby następnie zdjąć go przy pomocy snajperki. Pomimo tego trzeba przyznać, że liczba zadań nie zachwyca. Niestety, jest to znak czasów - wszystko ma być krótkie, szybkie i przyjemne a jak nam mało to się jakiś dodatek za parę groszy znajdzie.
Sama gra natomiast z założenia ma być symulatorem pola walki. To właśnie ten czynnik wyróżniać ją ma spośród wielu innych tytułów tego typu. Nie uświadczycie tu scen rodem z Hollywood (to akurat domena Modern Warfare), spektakularnych eksplozji czy defilad całych brygad zmechanizowanych. Ot, grupka żołnierzy, dwa czołgi (jak dobrze pójdzie) i śmigłowiec, który i tak zaraz zostanie zestrzelony.