
Red Faction został zapamiętany jako FPS, który jako pierwszy wprowadził destrukcję otoczenia na szeroką skalę. W początkach panowania PlayStation 2 tytuł ten robił wrażenie, bo można było w nim rozwalić nieco więcej niż kilka przedmiotów jak w innych tytułach. Minęło osiem długich lat (w międzyczasie ukazała się część druga), jednak mimo tego, że technologia poszła bardzo do przodu, dalej trudno znaleźć produkcje, w których otoczenie jest podatne na destrukcję i w których fizyka "naruszanych" obiektów zostałaby oddana zgodnie z rzeczywistością. Red Faction Guerrilla próbuje podnieść rękawicę i pchnąć ten temat na zupełnie nowy poziom. Hasło przewodnie jest proste - możesz zniszczyć wszystko, co tylko stoi w świecie tej gry.
Opisywana część trzecia jest na swój sposób rewolucyjna (przynajmniej w skali serii), bo zmienia zupełnie sposób patrzenia na wydarzenia. Z FPS-a zrobiła nam się gra TPP, czyli akcję obserwować można jedynie zza pleców głównego bohatera. Całość znowu toczy się na Marsie, tym razem opanowanym przez wojska frakcji Earth Defense Force, zwanej też EDF. Wcielasz się w niejakiego Aleca Masona, który przyjeżdża na czerwoną planetę po prostu do pracy. Szybko jednak orientuje się, że nie będzie to łatwa robota, bo wspomniane wojsko wprowadziło swoje zasady i nie patyczkuje się z robotnikami. Mason spotyka przedstawicieli Red Faction, czyli ruchu oporu pragnącego przejąć władzę z rąk EDF. Na początku jest niechętny całemu przedsięwzięciu, ale gdy zostaje zabity jego brat, bierze sprawy w swoje ręce.
Twórcy do dyspozycji oddali w sumie sześć połączonych ze sobą obszarów, które oczywiście z początku są poukrywane i odsłaniają się w miarę postępu. Progres będziesz zdobywać wykonując zarówno misje główne, jak i poboczne, bo bez nich nie uda się zaliczyć wszystkich najważniejszych zadań. Z początku każda strefa opanowana jest przez siły EDF - symbolizuje to specjalny pasek po lewej stronie ekranu. Wykonując kolejne misje zmniejszasz stopień panowania wrogiej frakcji, a przy okazji znajdujesz kolejnych sojuszników. Morale robotników to bardzo ważna sprawa, bo próbując zetrzeć się z wrogim wojskiem bardzo pomocni okażą się zwykli ludzie, którzy dołączą do Ciebie, by rozprawić się ze znienawidzoną Earth Defence Force.
Tym, co wyróżnia RFG spośród innych produkcji o podobnej tematyce jest niespotykana dotąd (na taką skalę) destrukcja otoczenia. Rysują się przed graczem zupełnie nowe możliwości, bo tylko wyobraź sobie: główne wejście do bazy jest pilnie strzeżone przez straże, a cała baza otoczona grubym murem? A cóż to za problem? Zakradasz się od tyłu i przy pomocy wielkiego młota przebijasz się przez mur i atakujesz niczego nie spodziewającego się przeciwnika. Wszystko, co w tej grze stoi możesz zniszczyć, a dodatkowo cały model destrukcji liczony jest w czasie rzeczywistym, więc dzięki zaawansowanej fizyce każda demolka wygląda inaczej. Z początku rzeczywiście robi to ogromne wrażenie, bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by równać z ziemią całe budynki. Stoi wieża na trzech nóżkach? Rozwalasz dwie i konstrukcja zawala się w kierunku zgodnym z fizyką. Minusem jest na pewno to, że sam Mars jest tak naprawdę niezniszczalny - możesz zapomnieć na przykład o przekopywaniu się przez skały, czy robieniu dziur w ziemi. Na to gra niestety nie pozwala.
Narzędzi destrukcji jest bardzo dużo, ale najlepsze w najnowszym Red Faction jest to, że wcale nie trzeba mieć na wyposażeniu wyrzutni rakiet, min, czy czegoś w tym rodzaju. Mason zawsze ma przy sobie wielki młot, którym może przebić wszystko, a oprócz tego w każdy budynek można na przykład wjechać pojazdem i zrobić wielką dziurę w ścianie. Warto czynić zresztą pożogę na dużą skalę, bo walutą jest tutaj... złom. Po rozwaleniu budynku na ziemi walają się specjalne świecące części, które trzeba zbierać, bo dzięki nim można uzyskać dostęp do nowych broni lub ulepszyć te już posiadane (zwiększyć ilość amunicji, czy siłę).