
Żywotność zwiększają zresztą także inne smaczki. Po pierwsze jest możliwość zagrania z drugą osobą (kooperacja), a po drugie po jednokrotnym przejściu Overkill odkrywa się specjalny tryb Director's Cut, w którym również do przebrnięcia jest siedem podstawowych poziomów, ale z dodatkowymi scenami, których zabrakło za pierwszym razem. Dla przykładu zaraz na początku zabawy w normalnym trybie trzeba przebijać się przez wiejską chatkę. O ile normalnie akcja zaczyna się już za progiem drzwi domu, to w wersji reżyserskiej jest jeszcze wcześniejsza podróż Isaaca i Agenta G. do chatki. Fajna rzecz, bo bardzo zachęca do zaliczenia całości przynajmniej dwa razy. Oprócz tego są standardowe listy rankingowe, które motywują do maksowania punktów. Aby osiągnąć w Overkill dobre rezultaty, niezbędne jest robienie combosów, czyli serii trafień. Każde sześć ustrzelonych celów (bez pudła pomiędzy) to wejście na wyższy poziom - jest między innymi "Harcore violence", "Ultimate violence", aż do wszystko mówiącego "Goregasm!". Dodatkowo na każdym poziomie porozrzucano kilkanaście złotych mózgów (nie pytajcie...), które pełnią tu rolę sekretów - by odkryć wszystkie trzeba naturalnie zaliczać poziomy w wersji Director's Cut. Jak widać, gra mimo że krótka, to jednak broni się - zapewniam, że będzie chciało się Wam do niej wracać.
Na końcu każdego poziomu czeka naturalnie do rozwalenia boss. Wszystkie walki są pomysłowe i obfitują oczywiście w zabawne dialogi, jednak są nieco za łatwe. Twórcy postarali się o różnorodność i ciekawe sposoby na wykańczanie "szefów", ale to chyba nieco dziwne, że wszystkich rozwaliłem bez większych problemów za pierwszym razem. Jeszcze prościej robi się, gdy dopakujecie już sobie bronie... Dobrze chociaż, że w wersji reżyserskiej trzeba się nieco bardziej wysilić.
Do czego mógłbym się przyczepić? Cóż, oczywiście do liczby poziomów. Można pisać różne rzeczy, ale naprawdę nikt by się na autorów nie obraził, gdyby dostarczyli dwa razy dłuższą przeprawę. Oprawa graficzna jest bardzo dobra (zwłaszcza dźwięk z rewelacyjnym soundtrackiem w starym stylu), jednak zdecydowanie potrafią zdenerwować chrupnięcia animacji. Wszystko przez to, że gra stara się załadować dalszą część poziomu w locie i czasami zauważalny jest przeskok o jedną-dwie klatki. Być może nie spowoduje to, że zginiecie do ataku krwiożerczego zombiaka, ale już ustrzelenie sekretu bądź jakiegoś power-upa jest momentami utrudnione.
The House of the Dead: Overkill to tytuł, który mogę polecić właściwie wszystkim - zarówno hardcore'owcom, jak i niedzielnym graczom. Po kilku chudych latach z tą serią, Sega wreszcie dostarczyła odsłonę, która zostanie zapamiętana. Ma świetne profile postaci, zabawną fabułę, sprawdzony system i przede wszystkim niesamowity klimat filmów klasy C z lat osiemdziesiątych. Czy można chcieć więcej? Mam szczerą nadzieję, że Overkill dobrze się sprzeda, co da zielone światło ludziom z Headstrong Games przy produkcji ewentualnej kontynuacji. Już teraz jednak odwalili kawał dobrej roboty.
Rafał "Baron Ski" Skierski