
Oprawa graficzna pozostała taka sama jak w poprzedniej części, ale przecież już wówczas twórcy wycisnęli wszystko, co fabryka dała z DS-a. Spirit Tracks nie wywołuje już więc takiego wielkiego wrażenia, ale i tak patrzy się na nią z przyjemnością. Spójrzcie tylko na screeny i wyobraźcie sobie to w ruchu. Jedynym minusem są pojawiające się od czasu do czasu spowolnienia animacji, jednak nie dzieje się to często – tylko w najgorętszych sytuacjach, gdy Linka atakuje wielu oponentów naraz. Świetna jest również oprawa dźwiękowa, choć tutaj można przyczepić się do tego, że wiele dźwięków powróciło z Phantom Hourglass, więc są one już nieco oklepane dla fanów serii. Z drugiej strony gra brzmi doskonale, a nowe muzyczki są równie dobre jak te wcześniejsze. No i ten flet, który tutaj wprowadzono, a o którym już nie raz wspominałem – doskonała robota.
Cała gra jak zwykle jest obszerna i pozwala wsiąknąć przynajmniej na 20 godzin. Oprócz głównego wątku są tu także sekrety (stemple w 20 lokacjach, króliki, serca), mini-gierki a także ukryte przesmyki w znanych krainach, czy zupełnie nowe wysepki. OK., może i nie jest to Zelda z największą liczbą side-questów, ale i tak nie można narzekać. Jak na standardy DS-owe jest więcej niż dobrze. Muszę też napisać o tym, że Spirit Tracks to jeden z takich tytułów, które się nie kończą:). Już wydaje się, że zmierzacie do ostatecznej walki, a tu nagle coś się dzieje i okazuje się, że trzeba jeszcze coś tam znaleźć. Znajdujecie i znowu coś się dzieje, co nie pozwala zmierzyć się z finalnym bossem. Taka „przeciągana” końcówka trwa tak naprawdę ładnych parę godzin. Jednym się to spodoba, inni będą przeklinać, ale ja nigdy nie narzekam jeśli żywotność tak świetnej pozycji jest wydłużana.
Mam mały dylemat z tym tytułem. Z jednej strony mamy tu do czynienia z dość wtórnym sequelem, a z drugiej – to i tak jedna z najlepszych gier na konsolę z dwoma ekranami. Owszem, można ponarzekać na zbyt duże podobieństwo do Phantom Hourglass, co zresztą uczyniło wielu recenzentów, ale już wystawianie „ósemki” jest moim zdaniem niesprawiedliwe – wystarczy prześledzić jakie gry na DS-a otrzymują takie noty. Zelda to coś więcej – produkcja, która zostanie zapamiętana na lata i chętnie do niej powrócicie nawet za kilka ładnych wiosen. W to po prostu trzeba zagrać i kropka. Inna sprawa, że jeśli nie macie jeszcze na koncie wspomnianej przed chwilą pierwszej części na handhelda Nintendo, zacznijcie najpierw od niej. Bo, że są to obowiązkowe pozycje do zaliczenia dla każdego fana DS-a, nie muszę chyba pisać?
Rafał „Baron Ski” Skierski