Gdybym miał wymienić kilka marek, które przyczyniły się do spopularyzowania i rozwoju FPS-ów, z pewnością nie zapomniałbym o Wolfenstein. Twór id Software na początku lat dziewięćdziesiątych był małą rewolucją i tak na dobrą sprawę rozpoczął etap shooterów z perspektywy pierwszej osoby. Choć twórcy nie uraczyli nas wieloma sequelami, każda kolejna część prezentowała bardzo dobry poziom i zawierała w sobie przynajmniej kilka oldschoolowych elementów, za które fani je wielbili. Po kilku latach od premiery Return to Castle Wolfenstein postanowiono wskrzesić tę serię.
Jak w każdej kolejnej części, tak i teraz głównym bohaterem jest B.J. Blazkowicz, który od zarania dziejów stara się uprzykrzyć życie Niemcom. B.J. odkrywa dziwny, potężny artefakt dający posiadaczowi niespotykane moce (np. spowalnianie czasu, dostrzeganie ukrytych pomieszczeń, etc.), który oczywiście wcześniej znaleźli Niemcy. Chętnie przerobiliby go na broń masowej zagłady, ale tutaj właśnie rola naszego bohatera, by powstrzymać Trzecią Rzeszę przed nikczemnymi planami. W tym celu udaje się do miasta Isenstadt w głębi Niemiec, gdzie będzie pracował z grupą rebeliantów, by powstrzymać odwiecznego wroga.
Wolfenstein nie jest standardowym, liniowym FPS-em, jakiego się pewnie spodziewacie. Wkrótce po rozpoczęciu zabawy będziecie w stanie eksplorować miasto, które pełni rolę swego rodzaju huba, z którego przenosić się można do konkretnych misji. Oczywiście miasto nie jest puste - gdy natraficie na jakiś patrol, możecie załatwić sprawę po cichu (zajście od tyłu i szybkie unicestwienie przeciwnika) lub rozpocząć strzelaninę. Kluczem jest zdobycie kontaktu do ważnych osób mogących skierować głównego bohatera na właściwy tor.
Z drugiej strony nie chcę tutaj z nowego Wolfa kreować wielkiego FPS-a z otwartym światem. Eksploracja miasta to trochę zbyt "duże" określenie jak na ten tytuł - najczęściej wystarczy pokonać kilka ulic, co zajmuje góra kilka minut (ze strzelaninami w międzyczasie włącznie). Denerwujące jest to, że po ukończeniu jakieś misji, B.J. ponownie wraca do tego samego miasteczka i znowu się przez nie przebija - takich momentów jest trochę za dużo, przez co z czasem będziecie mieć tej niby "eksploracji" serdecznie dosyć. Ja przynajmniej szybko zacząłem omijać wszelkiego rodzaju strzelaniny i albo przeciskałem się za plecami wrogów, albo po prostu im uciekałem kierując się do celu. Szybko też ta cała „eksploracja” zaczyna denerwować, bo miasto nie jest duże i często trzeba krążyć w tę i z powrotem po tych samych ulicach, tylko po to, by dotrzeć do kolejnych informatorów, którzy wyznaczą głównemu bohaterowi misję.
Po przeniesieniu się już do właściwych etapów, szybko okazuje się, że gra jest w dużej mierze oldschoolowa i dostarcza poziomy, w których trudno się zgubić. Na początku wydawało mi się poza tym, że levele są po prostu za małe – początkowo to w zasadzie jedynie większe pojedyncze lokacje niż „poziomy” – na szczęście z czasem B.J. trafi w bardziej rozbudowane i rozległe miejsca. Dziwnie też szczerze mówiąc wyglądają niektóre miejscówki biorąc pod uwagę klimat, jaki do tej pory był kojarzony z Wolfensteinem. Przebijanie się przez jakieś wioski, czy kopalnie przywodziło mi raczej na myśl Medal of Honor, ale może po prostu twórcy chcieli nieco odbiec od standardowego biegania w zamku? W każdym razie na różnorodność atrakcji na pewno nie można narzekać.
Podoba mi się jak twórcy rozwiązali tu system zdobywania kolejnych broni i dodatków do nich. Tak się składa, że wszystkie bronie można "dopalać" dorzucając do nich różnego rodzaju bonusy - poprawa celności, większy magazynek, czy siła to tylko najbardziej standardowe usprawnienia, a można dołożyć tu znacznie więcej. Także do specjalnych mocy, z jakich może korzystać główny bohater, a o których opowiem za chwilę. Na poziomach porozrzucano masę sekretów, począwszy od tajnych akt aż po worki ze złotem, które dają nam kasę na późniejsze upgrade'y broni. Fajnie, że połączono to w taki sposób, bo gra niejako lekko zmusza do przeszukiwania poziomów, choć za pierwszym razem na pewno wszystkiego nie znajdziecie i maniacy wyciskania z gier wszystkich soków na pewno będą mieli do czego wracać.