Crash Bandicoot - recenzja
Od momentu ukazania się pierwszej części Crasha minęło już sporo czasu. Wiele się przez ten okres pozmieniało, byliśmy świadkami wejścia już dwóch kolejnych generacji konsol, a jednak do pierwszego dzieła Naughty Dog dalej wraca się z przyjemnością. Ci z Was, którzy nie zaczęli swojej konsolowej przygody od PSX-a, teraz mogą łatwo nadrobić zaległości, ponieważ Sony udostępnia przygody rudzielca na PlayStation Store (platforma sieciowa dedykowana PS3), skąd za niewielką opłatą (18 PLN) można pobrać go na dysk, by potem grać na PSP (dzięki jednej z najnowszych aktualizacji oprogramowania, grę odtworzyć można również bezpośrednio na trzeciej PlayStation). Warto do Crash Bandicoot wrócić? Oczywiście! Dla mnie to jedna z pozycji, które nigdy się nie zestarzeją, czemu dowodzi fakt, że po tych kilkunastu już latach od premiery dalej chętnie do niej wracam co jakiś czas.

W momencie swojej premiery (pod koniec 1996 roku) Crash nie miał łatwego zadania. Oczy wszystkich graczy były zwrócone na Super Mario 64, który debiutował na Nintendo 64 i był na tamten czas prawdziwą rewolucją. W końcu to właśnie przygody hydraulika były pierwszą platformówką w pełni 3D i przynosiły ze sobą wiele rewolucyjnych rozwiązań. Crash być może nie był rewolucyjny (w głównej mierze dlatego, że stworzono go w konwencji 2,5D), jednak wynik pojedynku pomiędzy obiema maskotkami wcale nie był tak oczywisty. Każdy z tytułów miał swoje plusy i minusy, a produkcja Naughty Dog dzięki rewelacyjnemu systemowi rozgrywki, powalającej na tamten czas oprawie A/V, dużej dawce humoru i charyzmatycznej postaci głównego bohatera (i wszystkich postaci występującej w grze) przyciągała do ekranu każdego, kto choć kilka minut spróbował swoich sił.
Fabuła w platformówkach nigdy nie należała do specjalnie wymyślnych i Crash nie jest tu wyjątkiem. Szalony naukowiec Dr Neo Cortex zamierza przejąć władzę nad światem i któż by mógł go powstrzymać jak nie tytułowy bohater? Cóż, zaskakujących zwrotów akcji może i tu nie ma, ale i tak przedstawianie scenariusza może się podobać. Wszystko dzięki świetnie zaprojektowanej i przemyślanej postaci głównego agresora oraz rewelacyjnemu dubbingowi. Cortex stara się być bossem, ale jest tak pocieszny i zabawny w swojej głupocie, że momentalnie wywołuje sympatię u widza. Crash tymczasem robi za typowego głupka - stroi tylko dziwne miny i nawet nie zdaje sobie sprawy w jakie kłopoty się pakuje.

Cały system zabawy opiera się na przechodzeniu kolejnych poziomów rozmieszczonych na trzech wielkich wyspach (na każdej z nich mamy po kilka etapów plus okazjonalne walki z bossami). Arsenał ruchów naszego bohatera nie jest może powalający, ale ludzie z Naughty Dog świetnie tym samym udowodnili, że nie trzeba jakoś bardzo komplikować rozgrywki, by była ona grywalna i stanowiła wyzwanie. Crash umie w zasadzie tylko skakać oraz wykonywać kołowrotek. Czy to może wystarczyć, aby gra była miodna? Naturalnie, że tak. Wystarczą tylko rewelacyjnie skonstruowane poziomy, system oparty na rozwalaniu skrzynek, różnorodność oraz zabawne przerywniki w rodzaju jazdy na dzikiej świni od czasu do czasu :).

Crash Bandicoot to tytuł stworzony w konwencji 2,5D. O co chodzi? Ano o to, że mimo trójwymiarowej grafiki nie mamy tu pełnej swobody ruchu. Najwięcej etapów skonstruowano w ten sposób, że poruszamy się w nich w górę, to znaczy można lekko odbić na prawo, czy lewo, ale nie da się zboczyć z głównej drogi. Ma to swoje plusy i minusy - przeciwnicy takiego rozwiązania krytykują je zwłaszcza za to, że gra jest maksymalnie liniowa, że poziomy przechodzi się zawsze tak samo, od początku do końca. Plusem jest za to na przykład całkowity brak problemów z kamerą. Nie od dziś wiadomo, że gry w pełni 3D mają z reguły ogromne problemy z tym, by prezentować nam akcję we właściwy sposób, by kamera się nie gubiła i nie wskazywała nam na przykład ściany zamiast głównego bohatera lub by nie blokowała się na jakimś elemencie otoczenia (w SM64 też nie jest to rozwiązane idealnie). W Crashu nie będziecie mieli z tym problemów, co na pewno spodoba się wszystkim tym, których męczy manualne korygowanie widoku. Poza tym, developer skonstruował tak zmyślnie całą grę, że mimo ograniczonej swobody ruchów jest ona najeżona pułapkami, zapadniami i przepaściami - to naprawdę nie jest łatwa pozycja, a gdy zechcecie przejść ją na 100% - wręcz bardzo trudna.

Dla mnie o sile Crasha stanowią przede wszystkim doskonałe poziomy, jakie zaprojektowali twórcy. Dżungla, podążanie w dół strumyka, ujeżdżanie dzikiej świni, czy choćby ucieczka przed wielką kulą w stylu Indiany Jonesa to tylko wierzchołek góry lodowej. Potem czekają na Was jeszcze zapomniane świątynie, zamki, czy choćby podążanie po wąskich kładkach wysoko w chmurach. Przekrój jest tak wielki, że na pewno nie będziecie się nudzić, a autorzy przecież urozmaicają nam zabawę licznymi zmianami perspektywy. Najpierw będziecie pędzić przed siebie w górę, by niedługo potem trafić na poziom, w których akcję obserwuje się z boku, niczym w klasycznych platformówkach 2D, gdzie trzeba iść w prawo lub w lewo. W międzyczasie przydarzy się jeszcze ucieczka przed kulą, kiedy to należy biec w stronę ekranu, czyli w dół i bardzo szybko reagować na pojawiające się przeszkody/przepaście. Podobać mogą się też walki z bossami, bo choć szefowie nie są zbyt wymagający (gdy już zna się na nich sposób), to każdy z nich ma coś w sobie i po prostu nie można ich nie polubić.
Laik mógłby powiedzieć, że Crash Bandicoot to tytuł bardzo prosty w swych założeniach. Wystarczy w końcu biec przed siebie, rozbijać po drodze skrzynki, zbierać jabłka (setka owoców daje dodatkowe życie) i unikać prostych do unicestwienia przeciwników. Zgadza się, z pozoru system wydaje się prosty, jednak cała gra jest kwintesencją platformówki, gdzie skakanie po małych kładkach, przeskakiwanie nad przepaściami, czy odbijanie się od głów oponentów to klucz do sukcesu. Oprócz tego są jeszcze skrzynki, które kryją w sobie różnego rodzaju rzeczy. Mogą to być jabłka, dodatkowe życie, ale i symbole bonusów, których zbieranie pozwoli dostać się do dodatkowych plansz. Cała zabawa w moim przekonaniu nabiera rumieńców najbardziej wtedy, gdy zdecydujecie się rozwalić ten tytuł na 100%. Szukanie wówczas wszystkich skrzynek na danym etapie, odnajdywanie ukrytych sekcji, czy też kolorowych kryształów niezbędnych do odblokowania niedostępnych wcześniej boxów to miód sam w sobie.

TERAZ: Choć od momentu premiery pierwszej części przygód rudzielca wiele już wody w Wiśle upłynęło, gra nie zestarzała się aż tak bardzo, jak by mogło się to wydawać. Poziomy są bardzo kolorowe, świetnie zaprojektowane, przemyślane od początku do końca, a całość chodzi płynnie i może się podobać nawet dzisiaj, w dobie trzeciej generacji PlayStation. To pokazuje jakim geniuszem wykazało się studio Naughty Dog projektując pierwszego Crasha w 1996 roku. Uwierzcie, że niewiele jest produkcji, które pochodzą z tamtego okresu, a na które nie patrzy się po kilkunastu latach z obrzydzeniem. Poziom trzyma również muzyka, którą przystosowano do poszczególnych etapów wręcz idealnie. Dzikie dźwięki w levelu z Indianami i małpami, skoczna muzyka w dżungli, czy spokojny podkład w planszy ze strumykiem... Po prostu wszystko jest na swoim miejscu i idealnie współgra z wydarzeniami na ekranie. O świetnym dubbingu już wspomniałem (świetną robotę odwalił zwłaszcza człowiek podkładający głos pod Cortexa), więc nie będę się powtarzał.

Po tych akapitach pełnych zachwytów pora na kilka minusów.
Dzieło Naughty Dog nie jest idealne, co najbardziej widać chyba w źle
dopasowanym poziomie trudności oraz frustrującym systemie save'owania. Twórcy
chyba lekko przeliczyli się, bo uczynili swój tytuł zdecydowanie zbyt trudnym
dla większości przeciętnych, niedzielnych graczy. Pamiętajmy, że Crash
debiutował w 1996 roku, kiedy to wysoki stopień trudności był w grach na
porządku dziennym. Nie ominęło to także omawianej produkcji, a najbardziej
denerwujący jest chyba fakt, że zapisywać zabawę można tylko podczas bonusowych
plansz. Jest to bardzo frustrujące zwłaszcza w ostatnich etapach, kiedy to
dostać się do takiej sekcji jest bardzo trudno i występuje ona dodatkowo co
kilka poziomów. Dochodzi do sytuacji, że trzeba przechodzić początkowe levele,
by nabić sobie sporo "żyć" i dopiero podchodzić do tych końcowych wyzwań. Mamy
tu po prostu do czynienia z pozycją, która testuje umiejętności największych
platformówkowych wyjadaczy - zwłaszcza podczas przechodzenia jej na 100%.
Szkoda, że nie ma możliwości wyboru poziomu trudności rozgrywki, a dobry system
save'owania twórcy zaprojektowali dopiero przy okazji drugiej części przygód
tytułowego bohatera.
Jeśli przymkniecie oko na wysoki poziom trudności i denerwujący system
zapisywania stanów gry, Crash Bandicoot okaże się grą niemal idealną dla
wszystkich fanów platformerów. Zdecydowanie warto wrócić do niej nawet dzisiaj,
w dobie PlayStation 3 i innych konsol nowej generacji. Zapewniam, że nie
zawiedziecie się, a być może nawet nabierzecie ochoty na odświeżenie sobie
kolejnych części przygód sympatycznego tytułowego bohatera. Pamiętajcie jednak,
że to najtrudniejsza odsłona z całej serii. [Ski]
Noty końcowe: