Mickey's Wild Adventure / Mickey Mania - recenzja
KIEDYŚ: Kilkanaście lat temu gry na podstawie bajek Disney’a oznaczały z reguły wysoką jakość. Nie inaczej było z opisywaną właśnie pozycją, która po chwilę obecną uznawana jest za jedną z najlepszych produkcji (zdaniem wielu, najlepszą) z długouchym bohaterem w roli głównej. Należy się Wam małe wyjaśnienie dwóch tytułów. Otóż Mickey Mania: The Timeless Adventures of Mickey Mouse to wersja, która ukazała się na Mega Drive oraz SNES-a, natomiast Mickey’s Wild Adventure to w zasadzie to samo, tylko wydane rok później (1996) na pierwszą PlayStation. Od razu na wstępie zaznaczę, że pomiędzy edycjami dla wspomnianych trzech konsol nie ma większych różnić – minimalnie wybija się tylko wersja dla PSone, gdzie podciągnięto nieco oprawę graficzną i dodano kilka efektów, niemniej jednak mniej wprawne oko może tego w ogóle nie zauważyć.

Czym więc tytuł ten przyciągnął graczy dwanaście lat temu? Teoretycznie kierowany był do najmłodszych, jednak tak naprawdę świetnie bawiły się nim także starsze osoby – któż bowiem nie oglądał w dzieciństwie i nie wychował się na serii bajek z Mickey Mouse? Opisywana tutaj produkcja jest na tyle ciekawa, że proponuje nam podróż przez kolejne epoki życia głównego bohatera. Twórcy wybrali najbardziej charakterystyczne odcinki i umieścili je właśnie w grze. Wszystko rozpoczyna się od filmów jeszcze z lat dwudziestych ubiegłego wieku – podróżujemy po czarno-białych poziomach, by w miarę pokonywania kolejnych etapów dotrzeć już do serii kolorowych bajek.

TERAZ: Osobiście jestem wielkim fanem grafiki dwuwymiarowej, więc trudno mi napisać, że Mickey’s Wild Adventure jakoś mocno się zestarzała. Postacie animowane są bardzo dobrze, a w tle obserwować można ręcznie rysowane tła – to po prostu nie może się nie podobać. Warto dodać, że oprócz tradycyjnych etapów dwuwymiarowych autorzy umieścili tu także kilka poziomów typu 2,5D, a więc sprawiających wrażenie trójwymiarowych, jednak poruszać można się w nich tylko w jednym kierunku. Jest nawet uciekanie w głąb ekranu, podobne do tego, które tak zostało upowszechnione w serii Crash Bandicoot.

Tytuł ten nie jest może najdłuższy, ale przy okazji nie należy również do najłatwiejszych. Koniecznie muszę nadmienić, że tylko najbardziej wytrwali, którzy zdecydują się zaliczyć MWA na najwyższym poziomie trudności, zobaczą wszystko, co przygotowali twórcy – zastosowano tu bowiem taki system, że wybierając „easy” przygoda kończy się wcześniej niż powinna. Miało to motywować graczy do przechodzenia jednego tytułu nawet po kilka razy, cały czas zwiększając sobie stopień trudności.

Dużym minusem jest brak możliwości save’owania. Niestety, całość trzeba przejść za jednym zamachem, od początku do końca. Mimo, że gra nie jest długa (jak ktoś wie co robić, może ją spokojnie zaliczyć w 1,5h), to jednak momentami jest tak trudno, że bardzo przydałoby się zachowanie stanu gry, czy chociażby hasło do poziomu. Mimo to warto do tej pozycji wrócić, a jeśli jesteście (albo Wasze dzieci są) fanami kreskówek Disney’a, jest to wręcz obowiązkowa pozycja. [Ski]
Noty końcowe: